A co to za wy
ścig?ja oczywiście chętny, ale wstępnie planowaliśmy ostatni (albo jeden z ostatnich...) w tym roku rowerowych weekendów w Czechach więc się zobaczy:)
24 lipca 1999 roku. Stanęliśmy przed klatką naszego bloku, razem z całym ekwipunkiem, by rozpocząć wielką przygodę, wielką podróż w nieznane. I jednocześnie pożegnać się z domownikami. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że czekają nas 32 dni spędzone z dala od domu i bliskich. Dni pięknych, dni słonecznych, ale i jednocześnie bardzo ciężkich, męczących i pełnych tęsknoty. Zatem, kto ciekaw, niech czyta i klika, a kto nie, niech żałuje...
Na samym początku należałoby podać kilka słów wyjaśnień, które pozwolą zrozumieć, może choć w części, logikę naszych decyzji. Po pierwsze, jeden z nas (bez ukrywania - Krzysiek) miał praktycznie zerowe przygotowanie fizyczne do tej wyprawy. Poza jednym, dwudniowym, sprawdzjącym sprzęt wypadem z Dąbrowy Górniczej do Makowa Podhalańskiego. Dlatego początkowo planowaliśmy spędzić kilka dni w kraju, kręcąc na wschód w kierunku Bieszczad. Złożyło się jednak tak, że już trzeciego dnia opuściliśmy granice naszego kraju. Ale po kolei...