A co to za wy
ścig?ja oczywiście chętny, ale wstępnie planowaliśmy ostatni (albo jeden z ostatnich...) w tym roku rowerowych weekendów w Czechach więc się zobaczy:)
jak to się stało że wybraliśmy Gruzję i Armenię? czyli powsinogi poszukujące i liczące dieńgi
Pomysł żeby tegoroczny urlop spędzić na Zakaukaziu ukulał się w głowach 2 Przemków, którzy wstępnie, niezależnie od siebie, kierowali nas ku Gruzji. O ile trudno określić, kiedy dokładnie padła decyzja o wyjeździe to z miejscem jest dużo łatwiej :) Ich myśli zbiegły się z pewnością, któregoś piątkowego wieczora w miejscu, gdzie część powsinóg stacjonuje w chwilach wolnych od pracy, sportów, wycieczek itd. To jest w PABIE SZAFA w Katowicach Piotrowicach PAB SZAFA – bar o mocno ograniczonym menu ;) nie wykazuje szczególnych cech, nie stanowi atrakcji Katowic, nie imponuje wyglądem...tego lata wzbogacił się o betonowy ogródek, jest miejscem zebrań powsinóg, ich salą bankietową podczas wszelkich uroczystości urodzinowych itp. , utrzymywany przez stałych bywalców przez co nabiera swojskiego klimatu; dowodzi nim właściciel i barman – Paweł...; GAWRA POWSINÓG Szafa mimo swych niepochlebnych opinii posiada klimat, który pozwala odszukać podatny grunt wszelkim pomysłom jakie pojawiają sie wśród powsinóg. Tak było i teraz. Podatny grunt ulokował się w osobie Miśka a z upływem czasu było to coraz łatwiejsze. Mnie nie trzeba było długo przekonywać. Ten urlop przeznaczony był na wędrówkę z plecakiem. Szybkie kalkulacje, ocena budżetu i decyzja, że damy radę. Tym sposobem było nas już 4 osoby: Przemek-Wódz, Przemo, Miś i ja-Kasia. Potem do grona zainteresowanych dotarli: Mały i Nemek z Agnieszką. Obecność Agnieszki ucieszyła mnie bardzo. Było nas już 2 na 5 mężczyzn i tak zostało :) Tak to powstała nasza grupa. Poziom znajomości wzajemnych charakterów można określić w skali procentowej od 0% do powiedzmy 90 %. Tu miła niespodzianka. Znajomi znajomych są naszymi znajomymi. Lepiej być nie mogło! Przygotowania były rzetelne i czasochłonne. Posiadaliśmy 1 przewodnik LONELY PLANET, ze 4 mapy, parę źródeł internetowych, ze 3 egzemplarze książki Wojciecha Jagielskiego „Dobre miejsce do umierania” , do której przeczytania zachęcam. Ostatecznie do przewodnika zerknęło pobieżnie ze 3 osoby i z „jakoś to będzie” na ustach zajęliśmy się kupowaniem biletów.
Ze względu na zabiegany tryb życia, rożne możliwości urlopowe a przede wszystkim indywidualny zakup biletów (ukłony w stronę Pani Kasi z biura obsługi, która chyba nigdy nie miała tylu zainteresowanych Gruzją w jednym terminie) miejscem naszego 1 grupowego spotkania miało być Tbilisi. Z dumą chwaliliśmy się kto ile zapłacił i jakimi liniami leci. Przy całym zgraniu i zamieszaniu okazało się, że nasza zbiórka w Tbilisi będzie trwała ok. doby, gdyż ja z Miśkiem lecimy 14 września a cała reszta 15 ale różnymi samolotami. Konkurs na najtańszy bilet wygraliśmy (Warszawa-Tbilisi, powrót: Erewan-Warszawa- 1443 zł liniami LUFTHANSA) ale za to cala reszta obarczyła nas obowiązkiem znalezienia pierwszego taniego, ładnego, w dobrym miejscu, itd. noclegu i ogólnym zorientowaniem się w mieście. Z tym ciężarem na plecach i trudnym zadaniem 14 września wyruszyliśmy.
UCZESTNICY:
Agnieszka Kasia Mały Miś Nemek Przemek Przemo
Dzień 1 (wg numeracji Miśka i Kasi) - 15.09.2006
*pierwsze powsinogi wylądowały* Od momentu, kiedy to rano 14.IX wyruszyliśmy z Katowic minęło już trochę czasu. Najpierw była samochodowa wycieczka do Warszawy, potem lotnicza podroż do Monachium, gdzie w oczekiwaniu na samolot do Tbilisi, mieliśmy 2 godziny wolnego czasu na wypicie pysznego jęczmiennego, bawarskiego piwka w lotniskowej spokojnej kawiarence. Och! Jak brakuje tego na naszym lotnisku w Warszawie :) Rankiem przy śpiewach dziecięcego, gruzińskiego chóru, który leciał z nami na pokładzie, z uśmiechem powitaliśmy Tbilisi. Ze względu na uciążliwą godzinę lądowania jeszcze w Polsce zdecydowaliśmy się na rezerwację noclegu w Guesthousie oraz taksówki z lotniska. Szczęśliwi, że za moment będziemy mieć chwile czasu na drzemkę a potem już tylko spokojny czas na poznanie „nowego” i zaimponowanie reszcie grupy :) , ruszyliśmy w stronę wyjścia i taśmy z bagażami. Niestety bagaż Miśka nie doleciał i zaczęły się „schody”. Szybko okazało się że podobnych nam nieszczęśników jest więcej. Kilkanaście osób zebrało się tłumnie pod drzwiami „lost luggage”, gdzie jeden Pan ze spokojem wypełnia druki i spisuje dokładnie, co i jak. W nienajlepszych nastrojach poszliśmy w ich ślady. Zajęło nam to trochę czasu, więc taksówka odjechała, a my byliśmy 20 $ w plecy. W czasie załatwiania formalności poznaliśmy Polaków: Matkę z synem, którym nie doleciał ani jeden plecak. Z zazdrością spoglądaliśmy jednak na ich bagaż podręczny, gdzie mieli aparat fotograficzny i szczoteczki do zębów. Jak się okazało po krótkiej rozmówię, syn sympatycznej Polki jest weteranem takich przygód i dla niego to nie pierwszyzna, więc nauczony doświadczeniami wiedział, co należy pakować do podręcznego - a my nie:) Zanim wyjdzie się z lotniska można zauważyć pierwszą rzecz: wszechogarniający dym z papierosów. Wniosek nr 1 nasuwa się szybko - w tym kraju muszą być tanie papierosy, nie może być inaczej. Palą możliwie wszyscy i możliwie wszędzie. Po załatwieniu wszystkich papierków wraz z poznanymi Polakami, czyli w 4 osoby za 20 dolarów pojechaliśmy do Guesthousu NIKA. Nasz taksówkarz nieco błądził zanim trafił na ul. Mitskevicha, ale mieliśmy już pierwszy obraz Tbilisi - nocnego i deszczowego. Poznaliśmy też szybko kondycję dróg, której nie da się nie odczuć przemieszczając się wiekową taksówką marki łada. Wysiadając szofer chciał nas jeszcze naciągnąć na parę dolarów, ale byliśmy twardzi. Wniosek nr 2 w tym kraju należy się targować! „Nika” początkowo wydała nam się koszmarna. Po przygodach z bagażem, deszczowym, wczesnym rankiem trafiliśmy do pokoju za 20 $ od osoby, gdzie oczom naszym ukazały się zapleśniałe ściany. Dopóki nie zaświeciłam światła myślałam, że to kwiaty na tapecie. Po zapaleniu światła nie mogłam się nadziwić, że to grzyb. On był niewiarygodny. Właścicielka zaś zmęczona czekaniem na nas była już mocno podenerwowana, więc wszelkie negocjacje cenowe i ustalenia zaczęły nabierać nieprzyjemnego charakteru. Dzień pokazuje wszystko w lepszym świetle. Właścicielka okazuje się sympatyczną starszą panią, która najzwyczajniej w świecie martwiła się o nas i zaniepokojona była, kiedy nie przyjechaliśmy z umówionym taksówkarzem. Po małych przeprowadzkach (inne pokoje nie miały grzyba), negocjacjach, miłych rozmowach nocleg okazał się być nie najgorszy. Jego dużą zaletą była z pewnością całkiem przyzwoita łazienka z ciepłą wodą. Po pierwszej krótkiej nocy a raczej ranku, obudziliśmy się z pytaniem: „i co teraz skoro nie mamy jednego bagażu?”. W zasadzie spałam tylko ja, bo Miś leżakował w stroju „na kowboja” czyli we wszystkim co ze sobą miał: polar + kurtka, i myślał, co zrobić. Wzięliśmy ze sobą wszystkie potrzebne numery telefonów na lotnisko, zakupiliśmy mapę Tbilisi (2,60 lari) i ruszyliśmy do centrum z zamiarem telefonowania na lotnisko z napotkanych budek i szukania bagażu. Jeśli chodzi o zakup mapy miasta to nie ma z tym problemów. Dostępne są wszędzie ale polecamy darmową mapę z hotelu MARIOTT, która była dokładniejsza i posiadała niezwykle przydatny plan metra. Budek telefonicznych w centrum jest wiele. Początkowo nie rzucają się w oczy, ale po czasie, zdeterminowani, napotykaliśmy je wszędzie. Są to stare, ciężkie telefony wiszące tu i ówdzie na ścianach budynków. Ich zaletą z pewnością jest to, że działają na monety i mimo że na pierwszy rzut oka nie budzą zaufania - działają :). Telefonia komórkowa rozprzestrzeniła się i tutaj. Przy kolejnej podroży w tamten rejon warto zastanowić się nad zabraniem telefonu bez sim-locka i zakupem na miejscu karty. Priorytet tego dnia ustalił się sam i pokrzyżował nam nieco spokojne spacerowanie po mieście. Pogoda raczej nam nie sprzyjała. Było deszczowo a Michała kurtka została w plecaku. Zdjęć z tego dnia także nie mamy bo aparat podróżował z towarzystwie kurtki. Numery telefonów na lotnisko znaliśmy już na pamięć i bez słowa komentarza sięgaliśmy po każdą napotkaną słuchawkę telefonu, ale słuchawki nikt nie podnosił, więc losy plecaka nadal były nam nieznane. Przeszliśmy w całości Gamsakhurdia Av. by trafić na Plac Republiki, skąd główną ulicą Tbilisi Rustaveli Av. doszliśmy do placu TAVISUPLEBA. Po drodze kupiliśmy niezbędne dla Miśka rzeczy: super majtki w kratkę, "oryginalne" skarpetki ADIDAS EQUIPMENT (nie wiem jak to przekręcili) i szczoteczkę do zębów. Kiedy odpoczywaliśmy na placu TAVISUPLEBA rozpadało się na dobre, a my w towarzystwie kundla piliśmy piwko za 1 lari i jedliśmy adżarskie chaczapuri, mając cały czas przed oczami Matkę Gruzję czuwającą nad miastem. Po skromnym posiłku postanowiliśmy zwiedzić miasto po drugiej stronie rzeki. Trafiliśmy tam na jedno wielkie targowisko, tłum ludzi, hałas. Chciałoby się w tym widzieć coś dla nas egzotycznego, ale nie miało to takiego charakteru. Przypomniało raczej plagę naszych targowisk z początku lat 90. Wszędzie tani produkt z dalekiego wschodu. Bardzo zmęczeni, z mieszanymi uczuciami wróciliśmy do naszego pensjonatu. O ile mój nastrój był dosyć dobry i stać mnie było jeszcze na trochę uśmiechu, to Miś miał już serdecznie dosyć. Dzień był raczej męczący, miasto ani pogoda nie zachwyciły i czuliśmy coraz mocniej ciężar plecaka, którego losów nie znaliśmy.
Dzień 2 (wg numeracji Miśka i Kasi) - 16.09.2006. TBILISI
GRUZJA=GEORGIA=საქათველო=Sakartvelo
ჩემი ხატია სამშობლო, სახატე მთელი ქვეყანა, განათებული მთა-ბაი, წილნაყაია ღმეთთანა. თავისუფლება დღეს ჩვენი მომავალს უმღეს დიდებას, ცისკის ვასკვლავი ამოდის და ოზღვას შუა ბწყინდება, დიდება თავისუფლებას, თავისუფლებას დიდება.
Tak naprawdę, to drugi dzień przywitaliśmy w trójkę (Agnieszka, Nemek i ja - Przemek "zwykły") na pokładzie samolotu, który niósł nas z Wiednia do jakże egzotycznego ciągle dla nas Tbilisi. W tym czasie Przemek (Borys, zwany dalej Przemem) był w samolocie z Monachium, a Kasia z Miśkiem gdzieś w Tbilisi. Samolot wylądował o czasie, po szybkiej odprawie paszportowej spotkaliśmy w "gigantycznym" holu przylotów Przema, który, jak zauważyliśmy, przygarnął w międzyczasie zaginiony plecak Miśka.
Po chwili niepokoju okazało się, że nas problem zagubienia bagaży nie dotyczy - wszystko przyleciało z nami na miejsce. Trochę zastanawialiśmy się, czy wyniesiemy plecak Miska, gdyż obsługa sprawdzała zgodność numerów bagażu z numerami na bilecie, ale Przemo spisał się na medal. Na zewnątrz ciemno, taksówek nie chcieliśmy, więc udaliśmy się do pobliskiego baru, gdzie po raz pierwszy zetknęliśmy się z gruzińskim alfabetem - makaronem. Gdyby nie miła Pani, to nie bylibyśmy w stanie kupić piwa, no ale udało się. Z racji, że Przemo leciał przez Monachium , a my przez Wiedeń trochę rozmawialiśmy o samej podróży, a zwłaszcza jej odcinku na trasie Katowice-Warszawa, gdzie było ostro. Po paru godzinach czekania nadszedł świt. Oprócz gruzińskiego piwa raczyliśmy się również "sławna kaczką" z piersiówki Przema (ot, DLA ZDROWOTNOŚCI!). Udaliśmy się najpierw do holu lotniska wymienić dolary na gnoje (nazywane tu lari), po czym busem nr 32 udaliśmy się do Tbilisi. Autobusem dojechaliśmy do centrum miasta. Jechało się całkiem przyjemnie - fajne widoki. Mimo, ze było koło 8, miasto totalnie puste. Wysiedliśmy na przystanku nieopodal hotelu Marriott, gdzie Przemo albo Nemo (nie pamiętam) zdobyli mapę miasta, dzięki której zorientowaliśmy się, którędy do Kasi i Miśka. Niewielki kawałek pokonaliśmy pieszo, ale w końcu zdecydowaliśmy się podjechać dalej autobusem. Część miasta, do której dotarliśmy, nie była już tak urocza. W drodze do miejsca noclegu minęliśmy sklep TIKKURILI, gdzie Przemo urządził sobie niewielką sesję zdjęciową. W dalszej drodze minęliśmy linię energetyczną, która biegła środkiem ulicy - ot takie sympatyczne miejscowe curiosum. W końcu dotarliśmy. Najpierw pojawiła się właścicielka, która zaprowadziła nas do pokoju, w którym spali Kasia, Michał i Grzyb, a w zasadzie Grzyb, Kasia i Michał. Trochę byliśmy przerażeni, ale w końcu, po dość długich pertraktacjach, zdecydowaliśmy, że tą jedną noc to damy radę. Poznaliśmy tez Mamę z Synem z Wrocławia, którym podobnie jak Miśkowi Lufthansa zgubiła bagaż. Było ciężko, nowoprzybyli zasypiali w każdym miejscu, ale w końcu zdecydowaliśmy sie na prysznic i w miasto. Misiek z Kasią zaprowadzili nas na znaną już sobie stację metra, gdzie informacje zapisane były oczywiście tylko przy użyciu "makaronu". Zakupiliśmy pomarańczowe plastikowe żetoniki upoważniające do korzystania z podziemnego transportu i w drogę. Z jedną przesiadką dotarliśmy do centrum. Po paru krokach byliśmy na głównym placu (Tavisuplebis Moedani), przy którym stał hotel Marriott. Byliśmy głodni, na czuja udaliśmy się więc w poszukiwaniu jakiejś knajpy. Kilka prób było chybionych, ale w sumie szybko znaleźliśmy miłą piwniczkę, w której niemłode panie, przyozdobione czepkami i białymi fartuchami serwowały jadło. Chwilę po tym, jak zamówiliśmy żarełko, wyłączono prąd, ale na szczęście okazało się, że kuchni to w niczym nie przeszkodzi. W większości wybraliśmy chaczapuri, czyli gorące placki/bułki z serem. Było smaczne, do tego fajne sałatki i już znacznie mniej fajne lokalne wino marki wino. Po sympatycznej wyżerce udaliśmy się do coraz bardziej starego i coraz bardziej zapuszczonego Tbilisi. Wędrując uliczkami najstarszej części miasta widzieliśmy górującą nad Tbilisi wielką rzeźbę Matki Gruzji (Kartlis Deda), jednakże iście w jej kierunku na tzw. azymut, nie dało nic. Dotarliśmy do jednego z remontowanych kościołów i tu jeden z robotników wprowadził nas po stromej skale na dach jakiejś szopy, z której dalej wspinając się dotarliśmy do ścieżki, która doprowadziła nas do samego pomnika. Niestety otoczenie obiektu zapuszczone. Kiedy czytałem w przewodniku o widocznym w dole mieście większość "uczestników wycieczki" zaległa na ziemi i odleciała do krainy Tanatosa, co, nie ukrywam, lekko mnie poirytowało. Prawdopodobnie dzięki temu jednak podeszła do nas grupka krajan z psem - Gackiem, która do Gruzji przyjechała samochodem przez Turcję. Po dość krótkiej rozmowie pożegnaliśmy się i ruszyli w kierunku niedalekiej, doskonale widocznej twierdzy Narikala. Po obejściu fortecy większość z nas weszła do środka, gdzie znajdował się piękny kościół św. Mikołaja. Twierdza powstała w IV wieku jako perska cytadela i od tego czasu, wielokrotnie przebudowywana górowała nad położonym poniżej miastem. Kasia zaprzyjaźniła się z małym czarnym kotkiem, ale próba przejścia z nim choć paru kroków w stronę bramy zaskutkowała gwałtownymi protestami właściciela. Z góry widzieliśmy kopułki starych łaźni i pomyśleliśmy, ze może by tak skorzystać z takiego trochę dla nas egzotycznego luksusu. W drodze na dół minęliśmy orszak weselny, który charakteryzował się tym, ze wszyscy goście ubrani byli na czarno. Kiedy weszliśmy do łaźni, okazało się, że w środku wszystko wygląda jak trzygwiazdkowy hotel w Europie Wschodniej, więc czar prysł, a my zrezygnowaliśmy z zaplanowanej rozrywki. W międzyczasie Nemek, Kasia i Agnieszka poszli trochę bardziej z bliska obejrzeć stojący przy placu meczet Sunni, którego fasada wyłożona była płytkami niebieskiej glazury. Przez most nad rzeką Mtkvari doszliśmy na duży plac, na którym tłum mieszkańców bawił się na winnym festynie. Na jeden z wozów wrzucono dużą ilość świeżo zebranych winogron, po czym wiele osób zaczęło je deptać. Sok ściekający z wozu niektóre osoby zbierały do przyniesionych specjalnie w tym celu butelek.
Obok trwały koncerty muzyki ludowej i pokazy dziecięcych zespołów folklorystycznych. Poszliśmy najpierw zwiedzić pięknie położony na urwisku nadrzecznym, podziwiany przez nas wcześniej z oddali kościół Metekhi. Wewnątrz wiele modlących się osób. Byliśmy już głodni, po krótkich poszukiwaniach restauracji przeszliśmy z powrotem przez most. W międzyczasie Przemo kupił ciągnące się "coś do jedzenia". Zasiedliśmy w jednej z kawiarni, gdzie zamówiliśmy sobie coś do picia i przegryzienia, po czym spora część grupy zapadła w sen. Dalej spacer przez odnowioną i cenowo już europejską część miasta do katedry Sioni, która mimo odbywającej się wewnątrz uroczystości udało nam się spokojnie zwiedzić. Pierwszą budowlę wzniesiono tu już w VII wieku, ale obecna katedra pochodzi z wieku XI. I dalej spacer uliczkami Tbilisi, po drodze weszliśmy do jednego ze sklepów z pamiątkami, gdzie naszą uwagę zwróciły przede wszystkim fajne włochate czapki. Dyskutując troszkę dotarliśmy do skromnego, najstarszego w Tbilisi kościoła - Anchiskhati, w którym trwało nabożeństwo. Kościół wzniesiono w VI wieku. Po chwili przeszliśmy mury Starego Miasta i zaczęli zastanawiać się nad planami na następne dni. Idąc chodnikiem Misiek wszedł w coś, co mieliśmy nadzieję przyniesie nam szczęście na kolejnych dniach wyprawy. W międzyczasie Przemo poszedł na pobliski parking podyskutować z kierowcami marszrutek na temat możliwości podróży do Kazbegi następnego dnia. W przejściu podziemnym w jednym ze sklepów natrafiliśmy na Gruzina, który był w Polsce i znał dość dobrze nasz język. Ponieważ część grupy zdecydowała się na piwko Gruzin zdążył nas złapać i obiecał pokazać knajpę w gruzińskim stylu i nie za zbyt duże pieniądze. Po chwili podszedł do niego kolega z trójką chyba wnuków i ruszyliśmy. Marsz był długi, gość cały czas gadał, a my zaczęliśmy się zastanawiać, czy chce nam pokazać knajpę, czy po prostu iść do knajpy razem z nami, swoim kumplem i dzieciakami. W końcu pożegnaliśmy się przy stacji metra przy McDonald\'s i pojechali metrem na drugą stronę rzeki. Tu trochę pobłądziliśmy w poszukiwaniu restauracji, w końcu przechodząc m.in. koło kolejnego McDonalda (z nazwą zapisana w alfabecie gruzińskim) znaleźliśmy restaurację, która wyglądała ciekawie - taki gruziński lokal chyba dla ludzi bardziej z forsą niż bez. Początkowo nie było miejsca, ale chwilę poczekaliśmy i w końcu się udało. Jedzenie nie powalające, ale spoko. Tu po raz pierwszy jedliśmy pyszne i duże pierogi kinkali. W restauracji zauważyłem Polkę, która leciała z nami z Warszawy samolotem. Po kolacji wróciliśmy metrem do naszej dzielnicy. Przy stacji krótkie zakupy w spożywczym i uliczkami (niektóre całkiem pozbawione nawierzchni) dotarliśmy do naszego... Guesthouse'u Nika?? Sen przyszedł szybko - byliśmy bardzo zmęczeni.