A co to za wy
ścig?ja oczywiście chętny, ale wstępnie planowaliśmy ostatni (albo jeden z ostatnich...) w tym roku rowerowych weekendów w Czechach więc się zobaczy:)
Dzień 15 (wg numeracji Kasi i Miśka) 27.09.2006 GORIS - EREWAN
Obudziliśmy się dość zgrabnie i choć troszkę się ociągaliśmy dość szybko spakowaliśmy sie i przygotowali do wyjazdu. Raisa zadzwoniła po Grisza, który podjechał ze znanym nam już drugim taksówkarzem pod nasz pensjonat.
Po śniadaniu szybko się spakowaliśmy (Mały spakował swoje pranie, które się okazało praniem czystych rzeczy, podczas gdy brudne pozostały brudnymi ;) ). Na zewnątrz zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie z naszymi gospodarzami, po czym ruszyliśmy w trasę. Zgodnie z umowa mieliśmy najpierw pojechać do monastyru Tatev. Droga niesamowicie marnej jakości, za to widoki... W jednej z wiosek, przez które przejeżdżaliśmy Kasia zrobiła zdjęcie osiołka.
Pierwszy postój w punkcie widokowym, gdzie pośród gór widać było sylwetkę monastyru, podczas gdy w dole - w dolinie, widoczne były ruiny uniwersytetu, który w średniowieczu funkcjonował równolegle z klasztorem. Zjechaliśmy do doliny po to, aby za chwilę piąć się do góry do klasztoru, a nawet ponad niego, gdyż Grisz zawiózł nas w pobliże słupa energetycznego już powyżej klasztoru, skąd mogliśmy zrobić fajne zdjęcia (ukrywające za budynkiem klasztoru ruiny dźwigu, który pozostał tu, jako świadectwo niedokończonej odbudowy po trzęsieniu ziemi w latach 80-tych XX w.).
I z powrotem pod klasztor. W międzyczasie przyjechali Przemek, Mały i Nemek drugą taksówką. Rozpoczęliśmy zwiedzanie klasztoru, który miał w sobie coś, co odróżniało go od podobnych budowli odwiedzonych wcześniej. Szkoda. Wnętrze głównej świątyni nosiło ślady odbudowy po trzęsieniu ziemi. Grish oprowadzał nas po klasztorze, czasami wymagając od nas przechodzenia niewyglądającymi najpewniej belkami, stanowiącymi jedyne pozostałości po dawnych stropach kondygnacji wież obronnych. No ale udało się - przeżyliśmy. Humor nam nawet dopisywał, co przejawiło sie ciekawa sesją fotograficzna naszych cieni przy zegarze słonecznym.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy sie najpierw przy naturalnym basenie termalnym - niestety strasznie zaśmieconym, a potem przy rewelacyjnym punkcie widokowym, zwieńczonym małym pawilonem (w typowym ormiańskim stylu architektonicznym), przy którym zrobiliśmy sobie parę zdjęć.
Po dojechaniu do głównej drogi zrobiliśmy sobie jeszcze postój przy tzw. ormiańskim Stonehenege - czyli Karahange. Kierowcy pojechali zatankować Łady do pobliskiego Sisian, a my pomaszerowaliśmy kilkaset metrów do kamiennych kręgów.
Miejsce bardzo ciekawe. Z dala od cywilizacji. Może menhiry nie były tak wielkie jak w przypadku Stonehenege ale stwierdziliśmy, że warto było nadrobić tych kilka kilometrów. Na miejscu wypiliśmy pyszne wino, po czym ruszyliśmy w kierunku samochodów. Taksówki podjechały prawie w tym samym momencie, kiedy wróciliśmy do drogi.
Dalszą część podróży do Erewanu przebyliśmy bez przystanków trochę śpiąc, a trochę kontemplując widoki. Trasa była nam już przecież znana. Ararat był widoczny lepiej niż 2 dni wcześniej. Po skręceniu w prawo przy granicy z Nachiczewaniem zatrzymaliśmy sie na moment przy sklepie, gdzie kupiliśmy zimną Fantę. Kolejny postój (z inicjatywy Grisza) już w Erewanie. Kiedy dojechaliśmy do znanego już nam placu, na którym rozpoczęliśmy podróż do Goris, Grisz zostawił nas przy aucie i poszedł na bazar. Po chwili zjawił się znajomy "naganiacz". Był zły, bo czekali już kolejni klienci do zabrania do Goris a Grisza nie było. Kiedy sie pojawił pożegnaliśmy się i ruszyli w drogę. Na stacji metra pożegnaliśmy się z Przemem i Małym, którzy pojechali w kierunku dworca kolejowego rozpoznać sytuację z pociągami do Tbilisi (szczęściarze).
Pojechaliśmy metrem na Plac Republiki, skąd pieszo poszliśmy do naszego hostelu, gdzie zapytaliśmy czy jako byli klienci możemy pozostawić bagaże w pokoju wspólnym. Dostaliśmy klucze do komórki gdzie zostawiliśmy plecaki. Okazało się, że Przemo i Borys nie mają nocnego pociągu do Gruzji ani marszrutki, więc noc spędzą w hostelu. Kiedy przyszli zdecydowaliśmy się pójść coś zjeść. Wcześniej podzieliliśmy sie na trochę, żeby zrobić ostatnie zakupy - pamiątki. Kupiłem między innymi koszulkę z petroglifami i napisem Armenia.
Ostatnie żarło w znanej nam już knajpie, gdzie objedliśmy się bardzo starając się oczywiście unikać wszechobecnej a dla nas obrzydliwej kolendry. Podczas spaceru do hostelu weszliśmy jeszcze do marketu, gdzie kupiliśmy ostatnie koniaki na prezenty. W samym hostelu siedzieliśmy na dole grając, oglądają telewizję i przysypiając. Przemo i Mały opuścili nas wcześniej (wcześnie rano mieli transport do Gruzji). Pan z recepcji zamówił nam taksówkę, którą koło 2 w nocy ruszyliśmy na lotnisko. Ostatnie widoki na lotnisko i po krótkiej jeździe dotarliśmy na startrekowe lotnisko Zvartnots. Po dokonaniu opłaty wyjazdowej (20 $ od łeba) odebraliśmy karty pokładowe i poszliśmy do swoich samolotów (po drodze nieduże Duty Free). Kasia z Miśkiem polecieli Lufthansą do Monachium (i dalej do Warszawy), ja z Nemkiem Austrian Airlines do Wiednia. Na pokładzie samolotu spaliśmy.
W Wiedniu mieliśmy pewne opóźnienie (kiedy już byliśmy na pokładzie samolotu okazało się, że coś nie działa i musieliśmy wrócić do gmachu lotniska). Odlecieliśmy z ponadgodzinnym opóźnieniem, ale okazało się, że Miś z Kasią nie zdążyli na przesiadkę i przylecą do Warszawy kolejnym samolotem. Do Warszawy dolecieliśmy bez problemu. Kasia z Miśkiem mimo spóźnienia na pierwszy samolot przylecieli około 40 minut przed nami. Kolega Nemka przyjechał po nas. Ja wysiadłem na dworcu Warzawa Centralna i pojechałem pociągiem do Katowic. Nemek odebrał auto i zawiózł Kasię i Misia do Borysa, gdzie mieli Dźwiada, którym pojechali do Katowic. Nemek pojechał później na lotnisko po Agę, która wracała z konferencji w Wilnie.
To były 2 wspaniałe tygodnie, których chyba nigdy nie zapomnimy, a ten rejon świata podarował nam najwspanialsze wspomnienia miejsc, ludzi i smaków (poza kolendrą).
Ciąg dalszy (mam nadzieję) nastąpi. Pozostał tydzień w Gruzji Przema i Małego.