• Główna
  • Wycieczki
  • Galeria
  • Forum
  • Szukaj
Login:    Hasło:    Zapamiętaj mnie     Rejestracja

Czat



Przemek 21 sie : 09:44
Pozdrowienia z przepi ęknego Siedlęcina na styku Kotliny Jeleniogórskiej i Gór Kaczawskich.
mis 10 sie : 20:42
A co to za wy ścig?ja oczywiście chętny, ale wstępnie planowaliśmy ostatni (albo jeden z ostatnich...) w tym roku rowerowych weekendów w Czechach więc się zobaczy:)
krzysZ 10 sie : 18:13
Gratuluj ę wyniku :) Mam nadzieję, że nikogo nie obrażę kolejną propozycją, gdyż profil tej trasy jest zdecydowanie mniej "górski"

Wyścig Ruda Śląska

A sam wyścig odbędzie się 22 sierpnia 2010. Są chętni?
Kasia 05 sie : 16:01
fajna relacja :) i fajnie ogl ądało się na żywo
Tropescu 26 lip : 23:16
Tak na wszelki: mail - tropescu@poczta.fm i koma 511077824

Zobacz wszystkie posty (649)


Zobacz koniecznie!

http://www.powsinogi.com/e107_plugins/content/content.php?content.21

http://www.powsinogi.com/e107_plugins/content/content.php?content.62



Samotna wyprawa rowerowa z Tbilisi do Baku

Wycieczki > Gruzja - Azerbejdżan 2007 > Samotna wyprawa rowerowa z Tbilisi do Baku
Data publikacji: wtorek 25 grudzień 2007
Autor: Przemek
Komentarzy: 0
Odsłon: 914

Nawet szalone pomysły zyskują niekiedy możliwość realizacji. I tak było i tym razem. Na przygotowania ze względu na ogrom pracy i wrodzone lenistwo nie było zbyt wiele czasu. Dzień przed wyjazdem dokupiłem w Krakowie trochę części zamiennych, wizę azerską też odebrałem chyba dwa dni wcześniej.

14 września (piątek) - dzień 0

Z racji, że jeszcze w dniu wylotu mijał termin złożenia paru raportów w Warszawie do stolycy pojechałem autem z kolegą z pracy - Michałem, który miał złożyć dokumenty w odpowiednich miejscach. A więc skorzystałem z okazji i upiekłem własną pieczeń - załatwiłem sobie transport :)
W Warszawie, kiedy rozpoczęła się akcja z rozkręcaniem roweru okazało się, że torba na rower jest trochę mała i trzeba się było bardzo namęczyć, żeby rower zmieścił się do środka. No ale udało się...
Michał pojechał z papierami a ja zamówiłem taksówkę, która zawiozła mnie na Okęcie. Przed rozpoczęciem oficjalnej odprawy udało mi sie wykorzystać fakt wiezienia roweru i nadałem bagaż przed czasem bez większych problemów (nie licząc wniesienia specjalnej opłaty).
Ponad dwugodzinny czas oczekiwania na lotnisku wykorzystałem między innymi do doładowania komórki i zakupu naklejek z godłem Polski i napisem Poland.
Samolotem rejsowym Lufthansy doleciałem do Monachium, gdzie poza darmową herbatą zjadłem lunch (kolację), po czym wmeldowałem się na samolot do Tbilisi.

15 września (sobota) - dzień 1

Lot był spokojny, a na miejscu powitał nas nowiutki terminal i wyjście z samolotu rękawami do sympatycznego wnętrza. Kontrola paszportowa bez najmniejszych przeszkód. Na bagaż też nie czekałem zbyt długo - i rower i torby rowerowe wyjechały dość szybko. Ponieważ na zewnątrz było jeszcze ciemno zdecydowałem się do 5 poczekać nic nie robiąc - poza piciem Coli w kawiarni. Następnie zabrałem się za skręcanie roweru. Bardzo szybko zjawiła się ochrona lotniska i policja, ale nie po to, żeby mnie upomnieć, czego się obawiałem, ale żeby dyskutować na temat jak skręcać rower i w końcu wyręczyć mnie w większości prac :). Przy okazji miło sobie rozmawialiśmy, a ja miałem okazję do pierwszego sprawdzenia mojego rosyjskiego.



Po pożegnaniu się wyszedłem na zewnątrz i jeszcze trochę musiałem pogrzebać przy rowerze. Potem rundka dookoła parkingu i w drogę. Jechało się dość ciężko, choć jak się już dostałem na główną drogę zrobiło się lżej, bo było trochę z górki. Niestety dość szybko szczęście mnie opuściło i przebiłem dętkę. Trochę się nawkurzałem, ale w końcu, w rosnącym upale i tumanach kurzu od wielkiej liczby przejeżdżających pojazdów, usunąłem awarię i ruszyłem dalej. W pewnym momencie ulice stały się znajome i bez większego problemu dotarłem do głównego placu, gdzie zrobiłem sobie postój przy ratuszu. Tu w fontannie miałem okazję umyć ręce ubrudzone od wymiany dętki. Jak już odpocząłem i zrobiłem pierwsze zakupy - woda i bajeczna oranżada Natakhtari Saperavi, rozpoczęło sie parogodzinne krążenie po mieście w poszukiwaniu hotelu. Zjeździłem wiele miejsc, między innymi sprawdzałem hotele nad kościołem Metekhi, ale ceny w granicach 100$ za noc trochę mnie odstraszyły.
Dłuższą przerwę zrobiłem sobie przy irlandzkim pubie koło najstarszego kościoła w Tbilisi - Anchiskhati. Tu zjadłem sobie śniadanie i pogawędziłem z małżeństwem Irlandczyków - właścicielami. Pub przygotowywał się do transmisji z mistrzostw świata w rugby, w których prócz Irlandii uczestniczyła również Gruzja.
W końcu postanowiłem pojechać do hotelu u stóp twierdzy, który widzieliśmy rok wcześniej idąc do Matki Gruzji. Wybór okazał się trafny - w hotelu Kala za 60$ dostałem przestronny pokój z łazienką, klimatyzacją i tv. A dodatkowo wchodząc na górę spotkałem Marcina M., z którym w Polsce rozmawiałem, że fajnie byłoby się spotkać w Gruzji. Po rozpakowaniu się i kąpieli trochę odpocząłem i zszedłem na dół do recepcji, gdzie umówiłem się z Marcinem.
Marcin postanowił zabrać mnie do swojej ulubionej jadłodajni w mieście, która okazała się knajpą, w której byliśmy wszyscy rok wcześniej. Dowiedziałem się wiele o obecnej sytuacji w Gruzji oraz usłyszałem słowa zachęty, aby w kolejnym roku wybrać się jednak do bajkowej Swanetii.
Następnie pojechaliśmy do znajomych Marcina - Gruzinek, po drodze kupując prezenty (słodycze). W gościnie było bardzo sympatycznie. Przy okazji dowiedziałem się, że w najbliższy weekend w Tbilisi będzie wesele Marcina, na które zostałem zaproszony. W trakcie wizyty okazało się, że ojciec Tamar mieszka w Lagodekhi, więc będę miał przyjazne miejsce, w którym będzie się można zatrzymać tuż przed wjazdem do Azerbejdżanu.
Do centrum wróciliśmy taksówką. Pozostałą część dnia spędziłem spacerując po mieście, ale wróciłem w miarę szybko i wcześnie położyłem się spać, bo byłem bardzo zmęczony.

16 września (niedziela) - dzień 2

Ten dzień postanowiłem wykorzystać na zwiedzanie miasta.
Oczywiście zacząłem od znanych już miejsc. Poza Metekhi i łaźniami, które obejrzałem dzień wcześniej w czasie poszukiwań hotelu, odwiedziłem katedrę Sioni, kościół Anchiskhati i inne. Niestety okazało się, że z powodu remontu Muzeum Narodowe jest zamknięte - będę musiał więc przyjechać jeszcze raz :) Zdecydowałem się więc odwiedzić Muzeum Miasta Tbilisi, które znajdowało się tuż przy katedrze Sioni. Trochę zaniedbane, ale ciekawe. W połowie dnia, po zakupach w księgarni, zrobiłem sobie przerwę na drzemkę, po czym poszedłem na twierdzę, którą postanowiłem zwiedzić dokładniej niż rok wcześniej. Z góry, poza widokami miasta podziwiałem również widok balkonu mojego pokoju.



Schodząc z twierdzy zajrzałem do katedry ormiańskiej pod wezwaniem św. Jerzego. Następnie powędrowałem jeszcze trochę po starówce, kupiłem trochę książek i widokówek i wróciłem do hotelu, żeby zająć sie bardziej szczegółowym przygotowywaniem trasy w oparciu o zakupione pozycje. Spać poszedłem dość wcześnie, gdyż chciałem wypoczęty ruszyć w trasę.

17 września (poniedziałek) - dzień 3: Tbilisi - David Gareja

Wstałem bez problemów, spakowałem się i zszedłem na śniadanie. Był tłok, ponieważ mieszkali tu też menadżerowie hoteli Marriot z całego świata, którzy mieli konferencję w Tbilisi. Pogawędziłem sobie trochę z sympatyczną Amerykanką, po czym ruszyłem w trasę. Planowałem dojechać najpierw do Rustavi, skąd zamierzałem bocznymi dróżkami kierować się na David Gareja. Wcześniej w hotelu poprosiłem recepcjonistkę żeby zadzwoniła pod numer kierownika ośrodka sejsmologicznego w David Gareja z informacją, że chciałbym tam przenocować.
Mapę miałem mało dokładną, więc z miasta wyruszyłem wzdłuż rzeki Mtkvari kierując się na tzw. azymut. W pewnym momencie zjechałem z głównej drogi i ulicą na której było więcej dziur niż asfaltu kierowałem się na południe. Po pewnym czasie zdecydowałem się zapytać, czy dobrze jadę. Okazało się, że nie. Na szczęście pracownik warsztatu samochodowego, przy którym pytałem o drogę, powiedział mi, ze nie muszę wracać - mogę jechać dalej do torów, a potem iść wzdłuż nich, przejść przez most nad rzeką i będę mógł zjechać na główną drogę do Rustavi. Tak też zrobiłem. Na drodze był spory ruch, ale była szeroka, więc nie jechało się tak źle. Poza tym wiał silny wiatr w plecy, więc było ok.



Po tym jak odbiłem do centrum Rustavi ruch się zmniejszył. Miasto, choć jest odpowiednikiem naszej Nowej Huty, było sympatyczne i zadbane. Zatrzymałem się na stacji benzynowej, żeby zakupić jakąś dokładniejszą mapę, ale okazało się, że mapa Zakaukazia, którą miałem jest dokładniejsza (1:1 000 000) niż wszystko, co oni mają.
Kolejny postój w starszej części miasta, która jak już wspomniałem przypominała Nową Hutę, tyle że była bajecznie kolorowa. I dalej w stronę kombinatu i dalej na azymut nie pytając nikogo o drogę (Boże, jak ja czasami jestem zadufany w sobie). Początkowo tereny przemysłowe i fatalna droga, ale potem zaczęły sie wioski i powolne wspinanie do góry. Było bardzo fajnie, ogarniała mnie euforia, że się udało i jestem tu, gdzie jestem. W jednej z mijanych wiosek w końcu zapytałem o drogę i sympatyczny dziadek wskazał mi pola, za nimi odległe góry i pokazał, że mam jechać tam gdzie rzeczone góry, majaczące hen na horyzoncie. Jak tylko skręciłem, zrozumiałem dlaczego jechało się dotąd tak przyjemnie - uderzył mnie silny boczny wiatr, który wcześniej wiał mi w plecy. Po kilkuset metrach dojechałem do kanału i rozpoczęło sie gnanie z wiatrem w stronę gór. Wcale nie musiałem pedałować - cudowne uczucie - wiatr wpychał mnie nawet pod górę. Wadą było to, że jechałem w stronę jakichś gór, nie wiedząc, czy to te właściwe :)
Wiatr był tak potężny, że jak czasami musiałem się zatrzymać, to nie byłem w stanie ustać - przewracało mi rower i popychało mnie do przodu. W jednym miejscu pojawił się strumień oraz błoto i kiedy się zatrzymałem wiatr zerwał mi okulary. Kiedy przeklinałem na cały świat z boku nadjechał konno pasterz. Pokazał mi jak przejść i zaprosił mnie do szałasu, gdzie miała mieszkać jego rodzina.



Roman, bo tak się nazywał mój wybawca, był Azerem i mieszkał wraz z ojcem i jego trzema żonami nieopodal w małym, skleconym z dykty domku. Zostałem przyjęty z wszelkimi honorami, żony zaczęły przygotowywać posiłek, a Roman z Ojcem - Mahomedem, otworzyli butelkę własnej produkcji trunku - bardzo mocnego trunku. Było bardzo sympatycznie, po jakimś czasie wniesiono jedzenie - smażone ziemniaki, własnej produkcji kwaśne mleko, pomidory, cebulę, ser - wyżera na całego.



Kiedy wyszliśmy na zewnątrz okazało się, że kolce roślin przebiły mi obie dętki. Przy pomocy Romana załatałem je i po pożegnaniu ruszyłem w trasę. Początkowo towarzyszył mi Roman konno. Po kilku kilometrach zorientowałem się, że znów nie mam powietrza - okazało się, że w oponach mam tyle kolców, że nie ma co zmieniać dętki w tym miejscu.
Zrobiłem sobie parokilometrowy spacer do drogi, która majaczyła w oddali. Tam godzinna przerwa na zdjęcie opon i wyłuskanie wszystkich kolców. Oj sporo tego było. Dalsza droga znów w nieznane i to aż tak bardzo nieznane, że w pewnym momencie zatrzymali mnie żołnierze i nakazali się cofnąć, gdyż od kilkudziesięciu metrów byłem już w Azerbejdżanie...
I wtedy poczułem wiatr w twarz - jechałem z górki, a męczyłem się, jakbym wjeżdżał pod wielką górę. W jednej z wiosek zatrzymałem się przy małej budce, gdzie zakupiłem ciastka, wodę Borjomi (najlepszą na świecie) i czekoladę, żeby mieć siłę jechać dalej.
Znów jechałem nie bardzo wiedząc dokąd. Słońce już było coraz niżej i zacząłem się bać, że nie dojadę. Przed zjazdem w boczną gruntową drogę i wielkim podjazdem zatrzymałem się przy ciężarówce, żeby zapytać o drogę. Okazało się, że to grupa Swanów z wioski Udabno, którzy mogą mnie trochę podwieźć przez góry. To trochę okazało się jakimiś 15 km. Na rozjeździe zdjąłem rower z paki, wypiłem z nimi za wspólne zdrowie i ruszyłem dalej. Księżycowy krajobraz, zmierzch, wszędzie góry, totalna cisza i pustkowie. Wrażenie niesamowitości. Jechałem dalej, nie wiedząc ile jeszcze drogi przede mną. W pewnym momencie zrobiło sie już zupełnie ciemno.
To był najbardziej niesamowity odcinek trasy w moim życiu. Góry oświetlone światłem księżyca, w oddali majacząca kamienna wieża i szybka jazda na rowerze z górki z widocznością kilkunastu metrów. W końcu dojechałem - trochę szukałem instytutu, ale w końcu mało sympatyczny pop z klasztoru pokazał mi którędy iść. Dotarłem po omacku, ale przywitany zostałem bardzo serdecznie. Gościł mnie profesor z wnukiem i jeszcze jeden pracownik. Zjadłem zupkę i trochę winogron. Trochę rozmawialiśmy, panowie opowiadali przede wszystkim o trzęsieniach ziemi, które badają.
Nocne niebo nad David Gareja oszołomiło mnie ilością gwiazd. Dzień był bardzo męczący, ale jego finał... Nagroda przerosła trudy.



18 września (wtorek) - dzień 4: David Gareja - Sagarejo

Kolejny dzień rozpoczął się od zejścia na dół i niewielkiego śniadania (składającego się głównie z herbaty). Po instrukcjach, jak zwiedzać David Gareja wyruszyłem na kilkominutowy spacer w stronę klasztoru Lavra (najbardziej znanego). W dziennym świetle wszystko wyglądało zupełnie inaczej, ale równie okazale. Czerwone góry i przecinający jej rów tektoniczny.



Było dość wcześnie, więc wchodząc do klasztoru nie spotkałem nikogo. Miałem więc możliwość pozwiedzania na spokojnie i pozaglądania do różnych zakamarków.



Kiedy byłem w jednym z wykutych w skale kościółków do wnętrza wszedł zakonnik i poprosił mnie, żebym opuścił klasztor, gdyż jego znajduje się w części, która stanowi obszar niedostępny do zwiedzania. Pochodziłem jeszcze trochę po założeniu, po czym opuściłem klasztor Lavra.



Koło budki z pamiątkami skręciłem na ścieżkę, która pięła się dość stromo do góry. Po dotarciu do podstawy wieży obserwacyjnej poszedłem lekko w dół w kierunku skały ze źródełkiem. Po drodze widziałem kilka żmij.
Po powrocie do ośrodka badawczego okazało się, że nie widziałem drugiego klasztoru – Udabno, do którego trzeba było wspiąć się trochę wyżej. Tym razem poszedł ze mną wnuk profesora i doprowadził do wieży, przy której już byłem, po czym wskazał mi ścieżkę, która wspinała się wyżej. Wędrówka była dośc męcząca, a ja byłem słaby, bo przez ostatnie 2 dni nie jadłem szczególnie dużo. Dzięki Bogu miałem kieszenie pełne cukierków, które dzień wcześniej dostałem od Mahomeda. Zjadłem wszystkie i odzyskałem siły.
Kiedy dotarłem do grzbietu, moim oczom ukazał się wspaniały i rozległy widok wielkiego pustkowia leżącego poniżej.



Żadnych budynków, drzew – zupełnie nic. To już był Azerbejdżan. Zresztą ścieżka, którą szedłem schodziła lekko w dół i biegła już na obszarze Azerbejdżanu (20-30 metrów od granicy). Na początku widziałem pojedyncze groty wykute w skale, ale w pewnym momencie zaczęły się pojawiać kościoły i cele, których jedna ze ścian została zniszczona w wyniku trzęsień ziemi tak, że całe pozostałe wnętrze było widoczne z zewnątrz. Wnętrza pokrywały barwne, głównie XI i XII-wieczne freski.



Coś fantastycznego. Widać było ślady niewielkich zabiegów konserwatorskich. Ścieżka kończyła się na grzbiecie, gdzie już na obszarze Gruzji znajdował się niewielki, odbudowany ostatnio kościółek.



Ścieżką zszedłem w dół i po jakichś 20 minutach dotarłem do wieży obserwacyjnej klasztoru Lavra. Po drodze rewelacyjne widoki na położony poniżej klasztor.



Jeszcze drobne zakupy w otwartym już sklepiku z pamiątkami i po pożegnaniu i posileniu się winogronami ruszyłem w trasę. Było równie niesamowicie, co wieczorem poprzedniego dnia. Totalne pustkowie, kamienista droga oraz ja i mój rower. Parę kilometrów od startu widziałem po lewej stronie drogi, na szczycie wzgórza ruinę wieży obserwacyjnej kolejnego klasztoru, przez której środek biegnie obecnie granica Gruzji i Azerbejdżanu.

Tego dnia radość z jazdy (przynajmniej przed południem) przepełniała mnie bezgranicznie. Kamienista droga wijąca się przez górzyste pustkowie - rewelacja. Po drodze minął mnie samochód z wiwatującymi na moją cześć Hiszpanami :). Po jakiejś godzinie jazdy dotarłem do górującej nad okolicą wieży radiowo-telewizyjnej, skąd widać było położoną w dole wioskę Udabno. Do samej wioski prowadził stromy zjazd, droga nie wjeżdżała jednak do Udabno, tylko mijała je dookoła. Wioska została założona dla Swanów (o czym dowiedziałem się dzień wcześniej od nich samych), których osady u stóp Kaukazu zostały zmiecione przez lawinę. Dużo pustych domów wskazywało na fakt, że część z nich w ostatnich latach wybrało powrót na północ. Za wioską, gdzie zaczynał się długi podjazd zrobiłem sobie dłuższą przerwę, gdzie zjadłem resztki kupionych dzień wcześniej ciastek. W końcu zebrałem siły, żeby ruszyć w dalszą trasę. Podjazd długi i męczący, a za nim kolejny i jeszcze jeden... Ale widoki były wspaniałe, wszędzie pustkowie, tylko droga była już asfaltowa.

Kiedy osiągnąłem kulminację rozpoczął się wspaniały zjazd, który w sumie miał chyba z 10 km. Pojawiały się krzewy, a w końcu drzewa i mnóstwo zieleni. Kiedy dojechałem do głównej drogi w dolinie Mtkvari okazało się, że do Sagarejo, które obrałem na metę tego etapu jest jeszcze kilkanaście kilometrów. Byłem już tak głodny i spragniony, że kiedy zauważyłem przy drodze zakurzone jeżyny zatrzymałem się, żeby zdobyć trochę energii. Dojeżdżając do głównej drogi z Tbilisi na wschód mijałem wielu sprzedawców arbuzów, dzięki którym dalsza jazda była już lżejsza. Zrobiłem sobie postój na skwerku, gdzie jeden ze sprzedawców sugerował, aby pojechał jeszcze dalej na wschód, nie zatrzymując się w Sagarejo. Ja miałem w planach odwiedzenie Ninotsminda następnego dnia, więc zdecydowałem sie ruszyć do centrum. Trochę pod górę w stronę Tbilisi, gdzie była droga prowadząca do centrum. Zakupy wodno-słodyczowe i do góry na plac główny. Tu dość szybko zjawili się ludzie chętni do pomocy. Okazało się, że hotel nie funkcjonuje, ale zaraz zostałem zaproszony do domu babci jednego z chłopców, którzy jako pierwsi zaoferowali sie z pomocą. Szliśmy kilka minut - fajny drewniany domek z ogródkiem, rower wstawiłem do garażu i poszedłem zanieść bagaże do pokoju na pierwszym piętrze.

Bardzo szybko babcia zrobiła poczęstunek, do którego zasiadłem ja oraz wnuk z grupą kolegów - pyszne różne rodzaje smażonych warzyw oraz przepyszne zielone orzechy moczone w miodzie. Powoli zmierzchało. Chłopcy wzięli mnie na spacer po miasteczku - ruszyliśmy do jego głównej atrakcji, jaką był średniowieczny kościół na wzgórzu nad miasteczkiem.. W drodze powrotnej zaprosiłem "przewodników" na Colę i ciastka. Po powrocie jeszcze chwilę posiedzieliśmy na zewnątrz dojadając orzechy w miodzie.

19 września (środa) - dzień 5: Sagarejo - Sighnaghi

Obudziłem się na pyszne śniadanie (chleb, sery i dżemy z babcinej spiżarni – o czym tu więcej marzyć). Najpierw pojechałem do oddalonej kilka kilometrów wioski, w której znajdowały się pozostałości jednej z ciekawszych świątyń Gruzji – katedry w Ninotsminda, wzniesionej w VI w. Po powrocie do Sagarejo zjechałem do głównej drogi. Jechało się bardzo przyjemnie. Przed Badiauri, moją uwagę zwróciła twierdza stojąca na prawo od drogi. Rower zostawiłem pod bramą i pospacerowałem po zarośniętym trawą wnętrzu.
Kolejnych kilkanaście kilometrów minęło bardzo szybko. Mając za cel na ten dzień Sighnaghi zjechałem z głównej drogi w kierunku Nukriani. Droga była już zupełnie pusta. Jechało się fantastycznie. Miejscowość Nukriani będę pamiętał jednak jako jeden wielki i niekończący się podjazd. Co zakręt miałem nadzieję, że to już koniec... W pewnym momencie zauważyłem jadącego z przeciwnego kierunku rowerzystę. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać okazało się, że to Polak i jego rowerowa podróż jest zdecydowanie bardziej ekstremalna od mojej, gdyż wraca właśnie z praktycznie pozbawionej dróg górzystej Tuszetii.
Na szczęście najwyższy punkt trasy na trasie do Sighnaghi była już niedaleko. A tam nagroda – cudowny widok na położoną kilkaset metrów niżej dolinę Alazani oraz na pierwszym planie, przeniesione jakby żywcem z Toskanii – Sighnaghi. Miasteczko urocze, przechodziło projekt kompleksowej renowacji – nowowybrukowane uliczki, pięknie odrestaurowane pastelowe kamieniczki – ślicznie, choć trochę nienaturalnie. W maleńkim centrum trafiłem do pensjonatu Nana, w którym powitała mnie uśmiechnięta właścicielka. Byłem jedynym gościem. Po odświeżeniu się poszedłem na spacer po mieście. Okazało się, że prace remontowe nie objęły jeszcze całości. Po obejrzeniu ważniejszych zabytków we wnętrzu twierdzy wróciłem spacerem do domu Nany.

20 września (czwartek) - dzień 6: Sighnaghi - Telavi

Rano po pysznym śniadaniu ruszyłem w trasę. Zjazd z Sighnaghi fenomenalny, po drodze dwukrotnie przejeżdżałem przez bramy okalające miasto. Dość szybko dojechałem do miejscowości Anaga, gdzie zrobiłem sobie krótki postój na mój ulubiony słodki gruziński napój gazowany - Natakhtari Saperavi. Przy sklepie wdałem się w rozmowę z sympatycznymi dziadkami na ławeczce, którzy zaczęli częstować mnie innym Saperavi (już nie oranżadą). Tego dnia wjeżdżałem w żyzną i bogatą w zabytki Kachetię, położoną w dolinie rzeki Alazani.
Dość szybkim tempem dojechałem do centrum miasteczka Gurjaani, gdzie w małym parku zrobiłem sobie przerwę na zjedzenie pysznych ciastek od Nany. Ruszyłem dalej w trasę pytając o drogę do kościoła Kvelatsminda. Okazało się, że jak zwykle mapa zawiodła, bo skręt był parę kilometrów przed Gurjaani. Musiałem więc wrócić i odnaleźć stromą kamienistą drogę, po której pokonaniu dotarłem do dwukopułowej bazyliki z VIII/IX wieku. Opiekujący się kościołem mnich powiedział, że jestem pierwszym rowerzystą, którego tu gości. Miejsce ciche i spokojne, wokół mnóstwo zieleni. Aż nie chciało się ruszać dalej. Za namową gospodarza napełniłem bidony świeżą wodą z cysterny.
Po krótkim odpoczynku zjechałem z powrotem do Gurjaani, z którego jeszcze kilkadziesiąt kilometrów pozostało do Telavi. Podczas jednego z postojów na stacji benzynowej przyszedł do mnie właściciel stacji i jak dowiedział się, że jestem Polakiem poczęstował mnie chaczapuri oraz winogronami.
Jakieś 10 km przed Telavi mijałem słynne z winnic Tsinandali. Do centrum miasta prowadził spory podjazd. U przyjaciółki Nany dostałem fajną werandę z łóżkiem. Na kolację zdecydowałem się wyjść na miasto, które okazało się bardzo żywe i wesołe. Nie była oryginalna – chaczapuri, ale wyjątkowo dobra, zwłaszcza z lokalnym sławnym winem i w przypadkowym, ale bardzo sympatycznym towarzystwie.

21 września (piątek) - dzień 7: Telavi - Kvareli

Plany na ten dzień były bardzo intensywne, więc dość szybko ruszyłem w trasę. Najpierw podjechałem do twierdzy, za murami której miałem okazję obejrzeć XVIII-wieczny pałac króla Heraklego II. Po wyjeździe z miasta ruszyłem mało ruchliwą drogą na Akhmetę. W Ikalto skręciłem w lewo, żeby dojechać do słynnej akademii, założonej w XII w. przez króla Dawida Budowniczego. Ikalto słynne jest również z tego, że studiował tu Szota Rustaweli – autor najsłynniejszej gruzińskiej epopei „Rycerz w tygrysiej skórze”.
Z akademii zjechałem z powrotem do głównej drogi. Po paru kilometrach jazdy w kierunku Akhmety skręciłem w prawo w stronę widocznej z oddali katedry w Alaverdi. Droga prowadziła przyjemnie w dół ku rzece Alazani, nad którą wznosiła się słynna XI-wieczna katedra (do niedawna najwyższa w całej Gruzji). Po zwiedzeniu katedry ruszyłem dalej w kierunku Pshaveli. Droga jak w bajce, równo, wzdłuż doliny rzeki, brak samochodów, po lewej stronie malownicze góry. To był chyba najspokojniejszy i najbardziej malowniczy odcinek całej trasy przez Gruzję.
Po minięciu zjazdu na Telavi ruszyłem dalej w kierunku Gremi. Już na kilka kilometrów przed miejscowością ukazała mi się górująca nad okolicą twierdza, w skład której wchodziły wieża mieszkalna oraz kościół świętych archaniołów Michała i Gabriela. W twierdzy mieściło się małe muzeum, po którym oprowadził mnie bardzo sympatyczny przewodnik.
Kilka kilometrów przed skrętem na Kvareli po lewej stronie drogi mijałem widoczny na zboczach góry najstarszy klasztor Gruzji – Nekresi, który postanowiłem zwiedzić jednak następnego dnia.
Gościniec w Kvareli okazał się budynkiem w stanie dość zaawansowanej ruiny. Woda była jedynie w pokojach w plastikowych butelkach a drzwi się nie zamykały. Ale z drugiej strony stróż był bardzo sympatyczny a łóżko miękkie, więc nie było co narzekać. Nieopodal spostrzegłem Cafe, w którym chciałem coś zjeść. Kiedy wszedłem obsługi nie było, ale z sąsiedniej sali dobiegał jakiś gwar. Okazało się, że w najlepsze trwa tu impreza. Nie można było odmówić zaproszeniu, więc wkrótce i ja miałem możliwość dobrze pojeść i napić się w rozbawionym towarzystwie. To jednak nie był koniec atrakcji, najedzeni pojechaliśmy na wzgórze ponad miastem, a potem poza nie, żeby popływać w górskim jeziorze. Do gościńca wróciłem koło 1 w nocy…

22 września (sobota) - dzień 8: Kvareli - Lagodekhi

Z racji, że poznani wczoraj znajomi obiecali zająć się mną i tego dnia, a tego harmonogram wyprawy mógłby nie wytrzymać wstałem koło 6 rano i szybko ruszyłem w trasę. Przy głównej drodze zostawiłem rower na stacji benzynowej i (wstyd przyznać) wziąłem taksówkę do Nekresi. Dojechałem do podnóża wzgórza i dalej poszedłem pieszo. Wrażenie niesamowite – wokół dęby, wszechogarniający spokój i cisza oraz kompleks klasztorny, którego najstarsze zabudowania pochodziły z IV w. Mimo, że klasztor był zamieszkany nie spotkałem tam nikogo.
Z Kvareli ruszyłem na wschód w stronę Lagodekhi. Tego dnia po drodze było tylko kilka miejscowości, w których zatrzymywałem się na krótkie postoje, głównie po to, aby uzupełnić płyny w bidonach i zjeść trochę winogron. Do Lagodekhi dojechałem wczesnym popołudniem. Od poznanej w Tbilisi Tamar dostałem adres jej ojca i znalezienie jego domu nie było trudne. Nodari – mój gospodarz, razem z żoną mieszkał w dużym domu z ogródkiem na północ od centrum miasta. Jako, że przyjechałem dość wcześnie miałem czas na kąpiel i pranie. Potem zjadłem obiad, a wieczorem długo ucztowaliśmy, gdyż do gospodarzy przyjechała rodzina z Rustavi.

23 września (niedziela) - dzień 9: Lagodekhi (Gruzja) – Zaqatala (Azerbejdżan)

Po sytym śniadaniu, z bagażami cięższymi o parę kilogramów domowych przetworów ruszyłem w stronę granicy z Azerbejdżanem, do którego z Lagodekhi było niecałe 10 km. Od gruzińskich celników dostałem na pożegnanie kiść winogron. Z celnikami azerskimi zaczęło się mniej ciekawie, bo zauważyli w paszporcie wizę Armenii, ale po chwili wszystko wyjaśniłem, dostałem stempel i jeszcze jedną kiść winogron. Ja i mój rower, tworząc zgrany duet, byliśmy w Azerbejdżanie…
Dość szybko dojechałem do miasta Balakan. Tu krótki postój na głównym placu, gdzie z bankomatu wypłaciłem pierwsze swoje manaty. Kraj czysty i zadbany, a bankomaty grały hymn i pokazywały obrazki z Azerbejdżanu. Zupełnie inaczej niż napisali autorzy przewodnika Lonely Planet. Widać, kilka lat od jego wydania wystarczyło, żeby wiele się zmieniło. Wyjeżdżając z miasta mijałem szereg małych kafejek, w których siedzieli mężczyźni, pili kawę i palili fajkę.
W Zaqatala obejrzałem pozostałości dawnej fortecy i zaniedbany gruziński kościół. Przewodnik polecał pojechać kilka kilometrów na północ, gdzie w miejscowości Jar miało być kilka fajnych miejsc na nocleg. Szkoda, że nie napisano, że te kilka kilometrów to stromy podjazd. Na miejscu dostałem jednak sympatyczny bungalow, zrobiłem przegląd roweru i przy stoliku, który znajdował się na platformie wysoko na drzewie (wchodziło się po drabinie) zjadłem pierwszą azerską kolację – szaszłyk z baraniny.

24 września (poniedziałek) - dzień 10: Zaqatala - Sheki

Tego dnia jechało się bajecznie. Na czterdziestokilometrowej trasie do Qah, biegnącej wśród lasów, dwa razy musiałem zatrzymać się na dłużej, bo droga zatarasowana była przez wielkie stada owiec. W Qah wzbudziłem duże zainteresowanie i dość szybko pojawiło się kilka osób, które zalecały jechać do Sheki główną drogą mówiąc, że krótsza droga jest nieprzejezdna. Niezbyt podobał mi się ich pomysł i dodatkowe 40 km. Zdecydowałem więc nie zmieniać planów i jechać najkrótszą drogą. Z miasta stromy zjazd, kilka kilometrów dalej odbiłem w lewo, na skale widoczny był pięknie zachowany albański kościół. Droga może nie była idealna, niekiedy asfalt zanikał, ale jechało się nienajgorzej. Niekiedy droga urywała się nagle – w miejscu spodziewanego mostu była dziura, ale wystarczyło zjechać i przejechać kilkadziesiąt metrów po kamienistym dnie wyschniętej rzeki. W pewnym momencie okazało się, że znów nie ma mostu, ale drugiego brzegu i drogi tym razem nie widać. Zjechałem więc na kamieniste wyschnięte koryto rzeki. Po kilkudziesięciu metrach okazało się, że mam przed sobą kilkunastometrowej szerokości rzeczkę. Rozpędziłem się, żeby przejechać, ale niestety okazało się, że jest zbyt głęboka, więc po kilku metrach zatrzymałem się na jej środku a nurt przewrócił i mnie i rower. Kiedy wytaszczyłem rower na brzeg okazało się, że wszystko jest zupełnie mokre. Zdecydowałem jechać dalej, żeby jak najszybciej dojechać do miasta i wysuszyć rzeczy w torbach. Od doliny rzeki zaczął się podjazd, a że było bardzo gorąco i żar lał się z nieba, przemoczone ubranie i buty dość szybko wyschły.
Do Sheki dojechałem już bez większych problemów. Wiedziałem, że chcę się zatrzymać w hotelu, który umieszczono w zabytkowym karawanseraju. Pokój kosztował 25 manatów, ale jako że wszędzie hotel opisywany był jako jedna z głównych atrakcji Azerbejdżanu, nie chciałem rezygnować z tej opcji. Ponieważ jeszcze nie było późno poszedłem zwiedzić Stare Miasto, które wpisane jest na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Okazało się, że to tylko parę minut spacerkiem od hotelu. Po przekroczeniu bramy udałem się w kierunku głównej atrakcji – letniego pałacu szirwanszachów. Był już zamknięty, ale kilka manatów przekonało strażnika, że jeszcze nie jest tak późno i mogę wejść na teren ogrodów i obejrzeć budynek.
Po powrocie do hotelu poszedłem do restauracji, gdzie spotkałem poznanych przy recepcji Anglików. Mile gawędząc spędziliśmy wieczór przy herbacie i sziszy.

25 września (wtorek) - dzień 11: Sheki – Qabala


Rano dostałem należytą karę za niedokładne zapoznanie się z mapą. Z hotelu puściłem się w dół długim zjazdem i dopiero po kilku kilometrach zorientowałem się, że jadę w odwrotnym kierunku niż powinienem, przez co czeka mnie stromy podjazd. Było parno i gorąco. Po lewej stronie drogi prawie cały czas widoczne były szczyty Kaukazu. W ciągu dnia zrobiłem sobie tylko jedną dłuższą przerwę – na zakup wody i soków. Choć przydrożny sklep handlował przede wszystkim baraniną, co reklamował świeży barani łeb przybity nad drzwiami, woda i soki znalazły się na jego zapleczu.
Do Qabali dojechałem dość szybko. Ponownie za nocleg obrałem sobie miejsce położone kilka kilometrów na północ od miasta – stromy podjazd. W pierwszym, reklamowanym w przewodniku miejscu było drogo i niesympatycznie. Na szczęście wzdłuż drogi było kilka innych ośrodków i dość szybko znalazłem fajny bungalow z ciepłą wodą i tarasem z telewizorem. Po gorącej kąpieli właściciele przynieśli my pyszną zupę i zestaw surowych jarzyn. Wieczór spędziłem gryząc cebulę, pijąc zimną źródlaną wodę i oglądając turecki kanał muzyczny.

26 września (środa) - dzień 12: Qabala - Samaxi

Ranek powitał mnie przepięknym widokiem na Kaukaz. Z Qabali, gdzie kupiłem wodę i batoniki, ruszyłem w trasę w kierunku Ismailii. Duża część drogi prowadziła przez lasy. Tego dnia etap miał być dość długi, więc starałem się dość szybko pedałować. Dzięki temu 40 km do Ismailii mignęło bardzo szybko. Przez miasto przejechałem bez postoju. Chwilę później spotkałem rowerzystę – okazało się, że pochodzi z Izraela i jego trasa wiodła dokładnie w odwrotnym kierunku niż moja – podróżował z Baku do Tbilisi. Tego dnia były też najgorsze podjazdy – gorąco, stromo, w kurzu i z trąbiącymi tirami. Po jednym z podjazdów na szczęście natrafiłem na grupę odpoczywających robotników drogowych, którzy zatrzymali mnie i poczęstowali pieczoną baraniną i chlebem. Było bardzo sympatycznie.
Do Samaxi dotarłem ledwo żywy, a ponieważ na kolejny dzień zaplanowałem ponad 100 km jazdy główną drogą przez pustkowie i z tirami do Baku, zdecydowałem się szybko znaleźć nocleg. Na kolację znów baranina, pomidory i ser.

27 września (czwartek) - dzień 13: Samaxi - Baku

Od rana wiedziałem, że ten dzień będzie koszmarem – jazdą jedyną drogą do stolicy Baku – setki tirów, kurz i praktycznie brak miejscowości na trasie. Droga wiodła od stacji benzynowej do stacji benzynowej. Przyjemne było to, że gdziekolwiek bym się nie pojawił kierowcy zapraszali mnie do siebie i częstowali.
Największą niespodzianką był jednak fakt, że w pewnym momencie wyprzedziła mnie terenowa toyota, która po chwili zatrzymała się i wysiedli z niej poznani w Sheki Anglicy. Ponieważ do Baku było jakieś kilkanaście kilometrów, a ruch stawał się już do zniesienia zapakowaliśmy rower i moje bagaże do auta i ruszyli w stronę stolicy. W pewnym momencie zza wzgórza wyłoniły się wieżowce Baku i połyskujace za nimi błękitne wody Morza Kaspijskiego. W samochodzie okazało się, że John i Elizabeth mają mieszkanie w Baku i zapraszają mnie do siebie. Niespodzianką okazała się lokalizacja – kamienica na głównym placyku Starego Miasta, w obrębie murów miejskich, tuż przy pałacu szirwanszachów. Wieczorem poszliśmy do centrum. Baku okazało się bogatym i tętniącym życiem miastem, zupełnie różniącym się od Tbilisi.
Niestety następnego dnia moi gospodarze wylatywali do Wielkiej Brytanii, a Charlie do Uzbekistanu. Dlatego nie mogłem zatrzymać się u nich przez kolejne dni. Okazało się jednak, że John ma współpracownika Polaka, z którym umówił mnie kolejnego dnia.

c.d.n


Wyślij komentarz

Temat:
Użytkownik:
Komentarz:



Online

Gości: 3, Użytkowników: 0 ...

Najwięcej online: 32
(Użytkowników: 0, Gości: 32) dnia 15 lip : 12:55

Użytkowników: 31
Najnowszy: golmarbtnev552

Co nowego?

Wycieczki
Samotna wyprawa rowerowa z Tbilisi do Baku
Guesthouse NANA in Sighnaghi (Georgia)
Gruzja - Armenia część VIII
Forum
Hosting i domena autor: Kuba
Kierunek rozwoju powsinóg autor: Kuba
KONCERT autor: Kasia
Komentarze
Przygoda w Tour de Pologne zakończona autor: Anonymous


powered by e107 copyright powsinogi.com
pepegi.blog.plkatalog stron