Cze!
Pisałam ostatnio, że w niedzielę po południu zamierzaliśmy wyjechać do Chivay w Kanionie de Colca, hmm, zamierzaliśmy...; otóż w sobotę postanowiliśmy pobawić się w peruwiańskich dyskotekach, był mały "biforek" na dachu naszego hotelu; trochę zaprawieni zaczęliśmy nasz clubbing; muzyka i ogólnie atmosfera sprawiły, że skończyliśmy zabawę w jednym klubie o 5 nad ranem; wszyscy bawiliśmy się super - z Miniem włącznie ;) Minio pół nocy bawił się z jakąś peruwiańską pięknością, ja stawiałam swoje pierwsze kroki w salsie; ogólnie było naprawdę fajnie; ranek... cóż, nie wszyscy wstali na śniadanie ;) Minio jakoś źle się czuł i coś go pogryzło; większość jednak zebrała się w sobie aby jakoś ciekawie spędzić te kilka godzin jakie nam pozostało w Arequipie; ja nawet uczestniczyłam razem z Karoliną we Mszy po hiszpańsku; o godz. 4.00 punktualnie stawiliśmy się w hotelu; Minia pogryzienia zaczęły przybierać coraz większe rozmiary i właścicielka hostelu poradziła nam udać się do szpitala; na ostrym dyżurze Miniowi zaaplikowano jakieś antyalergiczne specyfiki i wszyscy wsiedliśmy po około pół godzinie do autobusu do Chivay, po około 10 minutach Minio zrobił się jeszcze bardziej blady, zaczął mieć drgawki. Zatrzymaliśmy więc autobus, wysiedliśmy wszyscy i z powrotem na ostry dyżur; tam lekarz uspokoił nas, że to skutki uboczne zastrzyków i że do kilku godzin objawy powinny ustąpić. Wróciliśmy wiec do hostelu i bladym świtem już ze zdrowym Miniem wyruszyliśmy do Chivay po raz drugi; po około 2 godzinach jazdy... zepsuł się autobus; utknęliśmy na jakimś pustkowiu; po godzinie kierowca stwierdził, że ten autobus to na pewno już nigdzie nie dojedzie; złapaliśmy pseudo stopa (trzeba było zapłacić kierowcy podobną sumę co za bilet) i późnym popołudniem dotarliśmy do małego miasteczka, skąd 13 maja 1981 roku wyruszyła słynna polska wyprawa "Canonandes 79", która jak głosi napis na tablicy pamiątkowej " pozwoliła odkryć kanion na nowo dla Peru i świata". Chcieliśmy następnego dnia udać się na jakiś jednodniowy trekking; po wstępnym rekonesansie okazało się, że najlepsze trekkingi w dół kanionu są w położonej 2 godziny drogi od Chivay Copanacondzie; w Chivay nie omieszkaliśmy skorzystać z kolejnych gorących źródeł na naszej wyprawie; i znowu boskie ukojenie trudów podroży...; Wczesna pobudka, szybkie śniadanie i dworzec, gdzie nasz autobus odjechał pół godziny wcześniej ;) 2 godziny trzeba było czekać na następny, ale warto było; kanion olśnił wszystkich; trasa niesamowicie malownicza, jeszcze w kanionie pora deszczowa nie zaczęła się na dobre i wszystko było bardzo wypalone; chyba większość turystów wynajmuje mini busy w Arequipie, bo byliśmy atrakcją dla miejscowych i znowu te zapachy...; ścisk, gorąc, pot; po dotarciu do Copanacondy zostawiliśmy ciężkie plecaki w jednej z restauracji i szybkim krokiem zaczęliśmy schodzić w dół; upał dawał się we znaki; śluzówki wyschły, kurz ale wszyscy zadowoleni, na dole kolejna niespodzianka, 1000 m niżej rosły palmy i było cos w rodzaju schroniska, prymitywne, bambusowe chaty z pryczami zrobionymi z drewna i ... ciepłe źródła, BASEN na dnie kanionu;) REWELACJA!!! wszystko za 8 soli (8 zł); przypomniał mi się widok z namiotu jaki mieliśmy w indyjskich Himalajach po przejściu przełęczy Baba Pass (w sensie, ze żadne 10 gwiazdkowe hotele nie są w stanie dostarczyć takich widoków i wrażeń)
ukołysała mnie do snu Rio Colca... ;)
Pobudka o 6 rano i wspinaczka w górę, szybciej niż się spodziewaliśmy byliśmy znowu w zasięgu cywilizacji, potem 16 godzinna podróż do Pisco, malej mieściny, która nosi ślady dawnej świetności (musze doczytać, czemu teraz jest trochę podupadłe). Miasto położone jest nad samym Pacyfikiem, stad wyruszają wycieczki do Islas de Ballietas, gdzie można podziwiać foki, lwy morskie, flamingi - taką mam przynajmniej nadzieję ;)
No cóż, już jutro wieczorem Lima a w sobotę lot do Polski
Może odezwę się jeszcze ze stolicy Peru.


